In Sylvia's Own Words

Słowami Sylvii

Flirtowanie dawało mi kopa

Sylvia J. (po sześciu latach trzeźwości), tytuł oryginalny

Przedrukowano w sekcji Historie osobiste SA 2007, str. 120-123 pod tytułem “The Only Way I Knew”

Kiedy byłam mała, około pięciu lat, pamiętam, jak siedziałam na kolanach u dziadka i czesałam mu włosy. Dawało mi to ogromną radość i dobre samopoczucie. Mój dziadek zmarł, gdy miałam siedem lat. Od tego czasu zaczęłam mieć problemy w szkole. Nie mogłam się skoncentrować, marzyłam na jawie i bolała mnie głowa. Po utracie tej wyjątkowej relacji byłam samotnym dzieckiem. Nie wiedziałam, jak zdobyć taką miłość u kogoś innego. Pocieszałam się więc fantazjami, w których byłam księżniczką-wróżką. Mój książę z bajki miał przybyć i porwać mnie w dal. Mieliśmy żyć w krainie szczęścia, dokonując wielkich czynów i dzieląc się naszą miłością.

Byłam środkowym dzieckiem. Moja starsza siostra dobrze radziła sobie w szkole i była bardzo odpowiedzialna. Moja młodsza siostra była bardzo ładna i dojrzała jak na swój wiek, więc ludzie zawsze poświęcali jej dużo uwagi. Postanowiłam być taka jak moje siostry. Martwiłam się o swój wygląd i starałam się nawiązywać wiele przyjaźni. Nigdy nie pasowałam do tych najbardziej lubianych, ale odkryłam, że mogę mieć grupę przyjaciół, dołączając do 16 tych mniej popularnych. Stałam się bardzo towarzyska. Kiedy osiągnęłam wiek nastoletni, odkryłam, że jeśli będę flirtować, będę miała wielu chłopaków. Uczucia, które towarzyszyły mi dzięki tej całej uwadze, były podobne do tych, które pamiętałam z dni spędzonych z dziadkiem.

Flirtowanie było jedynym znanym mi sposobem komunikacji z mężczyznami w moim świecie. Czułam się winna i zawstydzona tym, że flirtowałam w taki sposób, ale nie uważałam się za wystarczająco inteligentną, aby rozmawiać o czymkolwiek, co mogłoby ich zainteresować. Byłam rozdarta między pragnieniem uwagi a poczuciem winy z powodu sposobu, w jaki ją uzyskiwałam. Miałam swój zakątek między kościołem a moim domem, gdzie rosła wysoka koniczyna. Siadałam tam i płakałam godzinami. Czułam się tak niewystarczająca i samotna. Im bardziej rosły moje poczucia niegodności i samotności, tym bardziej potrzebowałam uwagi. Euforia, jaką dawało mi flirtowanie, stawała się coraz większa. Odkryłam, że flirtowanie prowadziło do pieszczot. Mimo że czułam euforię z powodu seksualnych doznań i uwagi, czułam jeszcze większą winę z powodu swojego zachowania. Chodziłam do mojego zakątka i płakałam z samotności i poczucia winy. Patrząc wstecz, widzę, że wpadłam w bolesną spiralę.

Kiedy miałam siedemnaście lat, poznałam faceta, który pił. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z kimś, kto by pił przy mnie. Podczas naszej drugiej randki upił się, a ja postanowiłam, że on potrzebuje takiej miłej dziewczyny jak ja, która pomoże mu przestać tyle pić. Był pierwszym mężczyzną, z którym uprawiałam seks, i zaszłam w ciążę. Pobraliśmy się w kościele i mieliśmy wielkie wesele. Spóźnił się i był pijany. Przysięgłam sobie, że po urodzeniu dziecka rozwiodę się z nim, ale tego nie zrobiłam.

Zawsze był poza domem ze swoimi kumplami od kieliszka. Przez większość czasu czułam się zła i samotna. Próbowałam odnaleźć Boga z dzieciństwa, aby mnie pocieszył, ale nie wiedziałam jak. Zaczęłam znowu flirtować i poczułam się lepiej. Flirtowanie stało się moim narkotykiem, gdy czułam się źle.

W miarę jak coraz więcej flirtowałam, znów zaczęłam myśleć, że gdzieś tam jest mój książę z bajki, który sprawi, że poczuję się spełniona. Przeszłam od flirtowania do romansów. Za każdym razem, gdy wdawałam się w romans, zakochiwałam się bez pamięci. Po ekscytacji związanej z podrywaniem następowało rozczarowanie, że zostałam wykorzystana i obsesja na punkcie osoby, której nie mogłam mieć. Codziennie zmagałam się z poczuciem winy, wstydu i wyrzutami sumienia. Obiecywałam sobie, że przestanę to robić, ale nie potrafiłam. Nieustannie poszukiwałam miłości, której potrzebowałam, i nienawidziłam siebie za mężczyzn, seks i to, że nie potrafiłam przestać. Modliłam się, a potem przeklinałam Boga, ponieważ nie potrafiłam przestać; myślałam, że Bóg mnie nie słucha. Czułam się tak beznadziejnie, że chciałam umrzeć.

Próbowałam brać środki uspokajające, aby uśmierzyć ból, ale to nie pomagało. Rzuciłam je i poszłam do psychiatry, który pomógł mi spojrzeć na moje zachowanie obiektywnie. Powiedział, że wiele osób robi to samo, co ja. Skoro tak wiele osób ma romanse, to musi to być normalne. Skorzystałam z tej racjonalizacji, aby ponownie zacząć szukać swojego księcia. Tuż przed rozpoczęciem zdrowienia miałam obsesję na punkcie jednego mężczyzny.

Nienawidziłam tej obsesji i nieustannie walczyłam o kontrolę. Ten mężczyzna i ja toczyliśmy nieustanną walkę o dominację. Nie mogłam się nim nacieszyć. Pożądanie było tak silne, że mnie niszczyło. Nienawidziłam go. Kochałam go. Chciałam mu się podobać, ale to nigdy nie wystarczało. Czułam się jak narkomanka gotowa wyskoczyć ze skóry, gdy nie zadzwonił do mnie. Nienawidziłam swojego życia, ale nie mogłam przestać. Czułam się tak niewystarczająca i samotna. Myślałam, że wiem, jak wygląda piekło. W końcu Bóg odpowiedział na moje modlitwy, pokazując mi rozwiązanie. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o Al-Anon, wiedziałam, że to jest odpowiedź. Sytuacja w mojej rodzinie stała się naprawdę pokręcona. Miałam córkę uzależnioną od narkotyków, a mój mąż był alkoholikiem. Poszliśmy po pomoc; wszyscy trafiliśmy do różnych ośrodków leczenia. Terapeuci powiedzieli mi, że idę się leczyć, ponieważ jestem współuzależniona, ale wiedziałam, że moim problemem są mężczyźni i seks. Przez większość życia próbowałam powstrzymać swoje seksualne wzorce, ale nie potrafiłam ich kontrolować. To mój problem kontrolował mnie.

Pracowałam na programie Al-Anon dzień po dniu, próbując kontrolować swoją żądzę. Nadal flirtowałam z mężczyznami. Uważałam, że flirtowanie jest w porządku, a moje życie wydawało się poprawiać. Nie miałam już wzlotów, ale nie miałam też upadków. Jednak nadal doświadczałam trudności z emocjami.

Wtedy usłyszałam o Anonimowych Seksoholikach. Od razu wiedziałam, że potrzebuję tego programu, ale bałam się tego, z czego będę musiała zrezygnować. Tydzień przed mitingiem przeżywałam emocjonalną huśtawkę. Na moim pierwszym mitingu Anonimowych Seksoholików odkryłam, że flirtowanie „dawało mi kopa”. Musiałabym z tym skończyć, jeśli chciałam osiągnąć trzeźwość seksualną. Dowiedziałam się, że flirtowanie i masturbacja, a następnie poczucie winy, powodowały moje emocjonalne wzburzenie i uniemożliwiały mi prawdziwe zdrowienie. Kiedy byłam gotowa, aby to odpuścić, Bóg zrobił swoje, uwalniając mnie od obsesji. Od pierwszego dnia trzeźwości w 1983 roku dał mi ulgę od obsesji i duchowy rozwój.

Bóg dokonał cudów w moim życiu poprzez dwunastokrokowy program zdrowienia. Mój mąż i ja nadal jesteśmy małżeństwem. Rozumiemy równowagę między dbaniem o siebie dla naszego małżeństwa a oddawaniem się małżeństwu. Najpierw mamy relację z Bogiem, ponieważ ta relacja wypełnia pustkę, której tak bardzo się baliśmy i którą staraliśmy się wypełnić. Dzięki znalezionej wolności zyskaliśmy zdolność kochania się nawzajem w nowy i radosny sposób. Moje relacje z mężem, synem i córką są ciepłe, inne i cały czas się rozwijają.

Wraz z mężem rozpoczęliśmy działalność, aby pomagać osobom w procesie zdrowienia. Włożyliśmy w to przedsięwzięcie wszystko, co mieliśmy, zarówno pod względem finansowym, jak i fizycznym. Ufaliśmy Bogu, że uzupełni nasze zasoby. Oboje wierzyliśmy w proces zdrowienia oferowany przez programy Dwunastu Kroków. Byliśmy oddani pomaganiu innym w znalezieniu drogi do tych programów. Nasza córka również była w trakcie zdrowienia i angażowała się w naszą działalność. Przez wiele lat, aż do przejścia na emeryturę, mogliśmy pomagać innym.

Mamy troje wspaniałych wnucząt, które często odwiedzamy. Nadal prowadzę salon fryzjerski, być może na cześć mojego dziadka. Nasz jedyny syn nienawidził mnie za to, co zrobiłam. Dzisiaj dzwoni do mnie i opowiada mi o swoich problemach. Mogę powiedzieć, że Obietnice się spełniły. Moja rodzina wzrosła i rozwinęła się. Przestałam się bać niepewności ekonomicznej. Rozwinęliśmy się duchowo. Życie pełne nieufności odeszło w przeszłość. Nie żałuję niczego i z niecierpliwością czekam na to, co przyniesie każdy dzień. Bóg usunął większość mojego egoizmu. Dał mi spokój w wierze, że będę otoczona opieką i otrzymam dokładnie to, czego potrzebuję do rozwoju duchowego. Moje modlitwy zostały wysłuchane, ponieważ podejmuję kroki, które pozwalają Bogu działać w moim życiu. Czuję, że moje nadzieje na znalezienie miłości i czynienie dobra dla innych spełniają się – jeden dzień na raz.

Sylvia J., Oklahoma, USA

Historie osobiste SA 2007, str. 120

Od oszczędzania na zabójcę po miłość
Historia Sylvii J. opowiadana lata później podczas mitingów
Oto historia Sylvii o jej uzdrowionej relacji z mężem, Gene’em.


Byłam naprawdę zła, kiedy mój mąż pojawił się spóźniony i pijany na naszym ślubie. Powiedziałam sobie, że rozwiodę się z nim, jak tylko urodzi się nasze dziecko. Ale zostaliśmy razem, podczas gdy nasze dzieci dorastały.

Dwadzieścia pięć lat później nadal byliśmy małżeństwem. Nasza rodzina przeżywała kryzys. Moja córka była uzależniona. Mój mąż był alkoholikiem. Ja byłam uzależniona od seksu, ale jeszcze o tym nie wiedziałam. Obwiniałam męża. Wiecie, gdyby nie pił cały czas, nie musiałabym się rozglądać na boki.

Odkładałam pieniądze, by wynająć płatnego zabójcę, który zabiłby mojego męża. Moja córka kradła pieniądze ode mnie, aby kupić kokainę. Szukaliśmy dla niej pomocy. I wszyscy troje wylądowaliśmy w oddzielnych programach terapeutycznych, częściowo opłaconych z pieniędzy przeznaczonych na płatnego zabójcę.

Gene i ja zaczęliśmy pracować nad naszym małżeństwem. Uzgodniliśmy, że pozostaniemy razem przez kolejne sześć miesięcy. Potem zgodziliśmy się na kolejne sześć miesięcy. A potem kolejne. Po kilku latach nie musieliśmy już zawierać żadnych umów. Oboje potrzebowaliśmy wielu mitingów, dużo pracy, wielu sesji terapeutycznych, dużo cierpliwości i wielu rozmów telefonicznych z naszymi sponsorami.

Dzisiaj mój mąż jest miłym, troskliwym człowiekiem. Jest oddany programom AA i S-Anon. Poświęca się pomaganiu innym. Jeden dzień na raz, jesteśmy małżeństwem od ponad 65 lat. To  radosny czas. Bardzo się cieszę, że nie doprowadziłam do jego śmierci. Jestem wdzięczna, że nadal tu jest. Jestem wdzięczna Bogu, że dał mi miłego, wyrozumiałego małżonka.

Total Views: 4|Daily Views: 2

Share This Story, Choose Your Platform!